• Wpisów:2565
  • Średnio co: 1 dzień
  • Ostatni wpis:36 dni temu
  • Licznik odwiedzin:303 338 / 3245 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Ale się pozmieniało.
Ignac jest dużym, odpowiedzialnym, dzielnym chłopcem - zakłada kask i jedzie na rowerze do pobliskiego spożywczaka. Na kierownicy dynda mu torba z jajkami, mąką i mascarpone - zabrakło mi do ciast, w paszczy ma loda, w kieszeni 6,50 reszty, które może przywłaszczyć.
Przed wspólnym wyjściem z domu dopytuje - "masz telefon, klucze, okulary? bo zawsze gubisz."
Tradycyjnie, w wakacje dużo podróżuje - był w Gdańsku i Krakowie z Babcią i Ciotką, teraz przez tydzień będzie konstruował roboty na półkoloniach z Lego, potem jedzie na obóz, a 3/4 sierpnia spędza ze mną.
Wielką nowością jest fakt, że mamy psa!
Co prawda, nadal oficjalnie jako dom tymczasowy (przygarnęliśmy małą bidę z fundacji), ale powoli akceptujemy fakt, że zostanie z nami na zawsze.
Ma na imię Nuna, bo przez wioskę o tej nazwie przejeżdżałam, żeby odebrać ją z psiego hotelu pod Warszawą. Jest piękna, słodka i niebywale mądra - wiadomo. Ignacy oszalał i dzielnie wychodzi na dwór, karmi i zbiera kupy.
 

 
Ignac pojechał na Zieloną Szkołę.
Standardowo, jestem najgorszą matką w szkole, robię pranie w noc przed wyjazdem, pakuję lekko wilgotne ciuchy, mam ochotę przemycać mu w walizce zabronione słodycze.

Ciągle pracuję, nawet nie wiem dokładnie, kiedy wracają. Na baczność staję tylko przy Nim, w obecności 8-latka jestem dorosła, w pozostałych chwilach jestem chaosem, końcem świata.
  • awatar cornflakemum: @blackberryswirl: "fake it till you make it" - chyba sobie to wytatuuję :D
  • awatar aha: zgadzam się z blackberryswirl. superogarniętą, poskładaną, zaplanowaną i z mega siłą.
  • awatar blackberryswirl: Pomyśl, że w oczach innych matek, a w każdym razie osób które nie siedzą w Twojej głowie i nie widzą jak robisz w noc przed wyjazdem pranie, musisz wyglądać na superogarniętą i poskładają. Fake it till you make it.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Najbardziej na świecie chciałabym gdzieś wyjechać.
Gdzie nikt by mnie nie znał, nic do mnie nie mówił i nic ode mnie nie chciał.
Gdzie mogłabym spać i myśleć.
 

 
Czytam biografię Michaliny Wisłockiej i z niecierpliwością czekam na film (chociaż nie pasuje mi Magda Boczarska - za ładna).

Co to była za fascynująca kobieta!
Pomijam przełomowość "Sztuki..." i niestandardowy tryb życia, porusza mnie głód miłości. Miłości dalekiej od stabilizacji i kapci - głód wrażeń, emocji, trzęsień ziemi i zatracenia. Rozumiem to lepiej niż kiedykolwiek.
Michalina zastanawia się też nad trwałością miłości - kiedy następuje moment graniczny, gdy przestaje się kochać, mimo, że się obiecywało, chciało i liczyło.
Co się musi stać albo co się stać nie może?

Ja już wiem i jestem bardzo mądra, problem tylko w tym, że nie bardzo już w miłość wierzę.
  • awatar A'Style: 'Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki' - czy to ta książka? :)
  • awatar Pompoluch: Też chcę pójść.
  • awatar krytycznymokiem: też czekam na ten film, zwłaszcza po ostatniej zapowiedzi w kinie.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Jeśli leżysz z człowiekiem pod jedną kołdrą, wystawiając nieogoloną łydkę.
Wgapiasz się w sufit i leniwie, mimochodem szabrujesz Dziecka torbę słodyczy i słyszysz: "czekoladowa choinka... pusta w środku...".
I odpowiadasz: "jak my...", po czym chwilę rechoczesz, a następnie ucinasz sobie drzemkę, to wiedz, że tym człowiekiem jest Najlepsza Przyjaciółka.
 

 
Czas zmian.

"Dzielę się przez siebie, tak jak liczby pierwsze, a pomnożona przez tą pustkę - jak przez zero - daję pustkę. Znasz mnie."

Niespodziewanie, znalazłam się w miejscu, w którym "nie mam za co chwycić, nie mam o co oprzeć stóp".
Zawiedli ci, którzy mieli nigdy nie zawieść, poddałam w wątpliwość to, co było absolutnie pewne.
Obudziłam się w nowym świecie, w którym muszę sobie wymyślić nowe zasady. Na razie nie ma żadnych.

Na razie płynę z prądem. Standardowo, dużo pracuję, resztę czasu wypełnia Ignac.
W krótkim czasie pomiędzy mam chłopaka, ale on niestety ma dziewczynę.
 

 
Nie żyje mama Ł.
Umarła w głupi, niepotrzebny sposób.
Byłam tam, z nimi, blisko, bo - chociaż to już niby nie moja sprawa - nie mogłam inaczej.
 

 
Uczestniczyłam wczoraj przez chwilę w Czarnym Proteście na Placu Zamkowym.
Chwilę tylko, bo musiałam wracać do szkoły odebrać Igiego i oczywiście brakowało mi czasu.
Byłam prawdopodobnie jedyną osobą, która przyjechała samochodem w okolice Starówki i liczyła na miejsce do parkowania. I je znalazła. I liczyła, że w 15 minut dotrze z powrotem na Pragę. I dotarła.

Byłam tam, bo jestem matką.
I raczej nie usunęłabym nawet niechcianej, przypadkowej ciąży.
Ale nie chciałabym, żeby Igi został sierotą, bo umrę z powodu ciąży pozamacicznej. Nie chciałabym też, żeby patrzył, jak szaleję z rozpaczy rodząc dziecko, któremu z powodu genetycznych wad dane będzie przeżyć kilka minut. Nie chcę też, żeby nie mógł się doczekać zdrowego rodzeństwa, bo nikt nie przeprowadzi nam dokładnych badań i zabiegów prenatalnych, ani nie wesprze procedury in vitro.

Dlatego wiedziałam, że muszę tam być.
 

 
To może zaktualizuję, co u mnie.

Jestem Corn, mam już 31 lat, jestem samotną matką Ignacego i szefową kuchni.

To "samotną" dotyczy wyłącznie formalnego statusu, bowiem moje życie i pożycie towarzyskie dawno nie miało się tak dobrze.

Zwykłam mawiać, że nie po drodze mi z dziewczynami. W sensie, że w codziennych kontaktach, przyjaźniach i współpracy łatwiej nawiązuje kontakt z chłopakami.
Potrzebowałam 30 lat, żeby feministyczne hasła przekuć w rzeczywistość i dojść do wniosku, że mam wokół siebie wspaniałe kobiety.

I tak, na przykład, pomijając przyjaźń z cioteczką Pro (która zahacza już o posiadówki dwóch emerytek na ławce pod blokiem), nabyłam ostatnio trzy zupełnie nowe przyjaciółki.

Jedna jest mamą Igiego kumpla z przedszkola, na co dzień wsadza ludzi w kapsuły do deprywacji zmysłów, kwieciście przeklina (latte na sojowym? a chuj z tą pedaliadą! zrób mi w pizdu na krowie, proszę!) i stanowi najlepszą towarzyszkę do badań porównawczych nad opłakanym stanem rynku matrymonialnego i kwalifikacji pojedynczych egzemplarzy do naszej własnej galerii osobliwości.

Druga jest piekielnie bogatą businesswoman, wdową i matką 6-latka. Ma najpiękniejsze tatuaże, strzela z karabinu, skacze ze spadochronem i przeczytała wszystkie książki na świecie.

Trzecia to znana aktorka, której sceniczny chłodny i poważny wizerunek cudownie kłóci się z niepoważną rzeczywistością, kiedy wiecznie jej się psuje samochód (i pcha go własnoręcznie, korkując jedną z głównych ulic w Warszawie albo gubi reflektor na autostradzie albo próbuje mnie swatać z naszym mechanikiem), kiedy tańczy z Ignacym kankana na moim balkonie albo kiedy po pijaku przepytuję ją z roli.

Wszystkie są po 40-stce. Trochę mi matkują, trochę im mówię, co w trawie piszczy (póki sama - mam nadzieję - nadążam), trochę mamy dzieci w podobnym wieku, trochę pomaga świadomość, że jest nas więcej - pięknych, mądrych, samotnych siłaczek. Ha!
 

 
O, właśnie zobaczyłam, że 100 dni temu dodałam ostatni wpis, więc dobrze by było na tę okoliczność coś napisać, a może nawet odnowić zażyłość.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Jestem matką wyklętą.

Mogłam się wymądrzać z małym Ignasiem na ręku, jaka to nie jestem wyzwolona i wyluzowana, ale oto teraz dopiero nadeszła chwila prawdy.

Mogę być jedną z nich - marszczyć brwi i składać usta w zmartwiony ciup / "kurzą dupkę".
Mogę być matką wariatką.
Wiecznie zwartą, gotową i walczącą, bo oto kryję w kojącym cieniu mych skrzydeł największy skarb ludzkości - moje idealne, niezwykłe dzieciątko, na które zewsząd czyhają śmiertelne pułapki, jak wycieczki szkolne czy gluten.



Albo stanąć po przeciwnej stronie barykady i mieć wyjebane.


- jak głębokie jest jezioro, w którym będą się kąpać dzieci?
- czy wśród przekąsek będą niesiarkowane morele?
- czy dzieci (lat 7) mogą zabrać ze sobą na obóz telefony komórkowe? ("Tzn i tak wezmą, bo nie wiem jak państwo, ale mój syn i ja jesteśmy ze sobą bardzo blisko" )
- nie życzę sobie, żeby zdjęcie mojego dziecka było opublikowane w fotorelacji
- czy można odwiedzić dzieci na wycieczce?
- czy mamy wpływ na to, z kim dzieci będą w pokoju?
- czy dzieci będą codziennie kontrolowane pod kątem kleszczy i czy możemy liczyć na personel lekarski do ewentualnego ich usuwania?
- jeśli w dniu wycieczki dzieci będą jadły w McDonalds'ie, czy można odstąpić od zasady obowiązkowego jedzenia jabłka lub sałatki - mój syn nie je warzyw i owoców?
- co dokładnie wchodzi w skład bufetu śniadaniowego?
- "miejskie dzieci" nie noszą kaloszy - czy koniecznie trzeba je zabrać?
  • awatar Limes Superior: Fuck, dziecko na Dukanie tam macie? ;)
  • awatar Milky.Bar: Mam patologicznych rodzicow :D
  • awatar dziewczyna marynarza⚓: Jestem nauczycielem i nienawidzę takich nadgorliwych rodziców. Wyjeżdżalam z uczniami w góry i na mazury, a zawsze te same problemy i zbyt krótka pepowina
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
Śnił mi się dzisiaj M. - mój były mąż i ojciec Ignaca.
Siedziałam z nim przy stole i tłumaczyłam, dlaczego to strasznie chujowo nie odzywać sie do własnego dziecka przez dwa lata. Nic nie kumał i mówił coś o alergii na pyłki.
Potem śniło mi sie, ze grałam w scrabble z chłopcem-jeżem, spałam w windzie między piętrami i piłam jakiś nieznany jeszcze ludzkości złowrogi alkohol.
 

 
Jestem matką wyklętą.
Otwarcie, w klasowej mail-liście nabijam się z nadgorliwych matek i przywołuję do porządku ("Nasze dzieci jadą na wycieczkę szkolną, nie na wyprawę na biegun - wyluzujcie!"

Ale przyznam, mimo, że naigrywałam się z debat, czy do pudełka klasowych przekąsek na Zieloną Szkołę lepsze migdały czy niesiarkowane morele i czy do opalania lepiej Nivea czy Vichy, to jak już Ignac pojechał, to mam lekkie drgawki.
Nie dlatego, że pojechał - o nie. Na wakacje samopas zaczął wyjeżdżać mając 2-3 lata. Ale nigdy nie do rodziny (te przeklęte podwójne, potrójne przeczenia!) . Nigdy bez możliwości zadzwonienia, kiedy tylko mnie lub jego najdzie ochota. Nigdy z całą odpowiedzialnością za swój dobytek i co aktualnie założy na tyłek.
Troszkę pępowina ciągnie, nie ukrywam.
 

 
Wiecie, co robi człowiek po 13h pracy w kuchni?
Zamawia towar do restauracji na jutro, w związku z czym spędza w pracy już 15h.

W środku dnia, przy okazji przebieżki po bryndzę i czosnek, kupuje Dziecku walizkę i żel pod prysznic na Zieloną Szkołę (wyjazd - pierwszy całkiem samodzielny na 6 dni i w sensie, że nie do rodziny - już w niedzielę).
Przy okazji się człowiek spostrzega, że Dziecko przeżyło jakiś skok rozwojowy i wydłużyło się nagle o kilka centymetrów, w związku z czym wszystkie spodnie i piżamy kończą się tuż nad kostką, a kalosze są o trzy numery za małe.
A sytuacja wygląda tak, że nie wiadomo, naprawdę nie wiadomo, czy do niedzieli uda się znaleźć godzinę, żeby wyskoczyć na zakupy.


I tylko, gdy o 22.00 człowiek - lekko skruszony, ale nadal z pewnym obłędem w oku, pozostałym po morderczym serwisie - jedzie przez rozbawione Powiśle pobrać Dziecko podrzucone znajomym, zdaje sobie sprawę, że tam gdzieś jest życie i ludzie mają czas, którego człowiekowi wiecznie brakuje.
 

 
"Mam ciebie tylko w głowie i to wystarczy mi, na prawdziwą wojnę nie zamierzam iść" - śpiewam za Anią Dąbrowską i myślę, że dużo się mowi o końcu relacji, o radzeniu sobie ze stratą, o powstawaniu z popiołów, robieniu na złość i rozdawaniu zużytych zabawek bardziej potrzebującym.

A co jeśli kończy się związek, ale nie kończy miłość?
Co jeśli ta miłość jest jak zmechacony koc, właściwie już niepotrzebny, ale nadal dający ciepło w bezsensowne wieczory?
Co jeśli ta nadpleśniała miłość stanie się przyjaźnią?
Co jeśli można jednocześnie lubić ten koc i chcieć go oddać w dobre ręce?
  • awatar cornflakemum: @pushthebutton: tak, chyba o to chodzi
  • awatar pushthebutton: jakoś wydaje mi się, ze miłość jest ważniejsza niż związek i w sumie o wiele piękniejsza jest miłość bez związku niż związek bez miłości ale Ty taki piszesz o tej miłości, ze niepotrzebna, że "zmechacona", stara i zuzyta może to nie miłość, może to ciepłe uczucia, troska...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Sprzątam sobie wesoło, korzystając z nieobecności Ignaca (bo sprzątanie w jego towarzystwie jest jak gra w węża na starej nokii - coś tam zeżresz, a ogon i tak narasta, aż w końcu się w niego zaplączesz albo w rozpaczy przywalisz głową w ścianę).

I oto, w nosowską playlistę zaplątał się Skubas.
Zastygłam ze ścierką, bo "nie mam dla ciebie miłości, ktoś tu był przed tobą" ma siłę rażenia bomby atomowej i nie jest się w stanie nie struchleć na myśl o historii swoich przyszłych miłości i aktualności byłych.
 

 
Ostatnie dni minęły mi pod hasłem organizacji dużego charytatywnego wydarzenia.
Nasza kelnerka, bliska znajoma i przy okazji absolutna podpora Restauracji - obecna z nami od początku, we wszystkich firmowych sprawach biegła i zorientowana jak nikt i przy okazji dobry, uśmiechnięty duch tego miejsca, choruje na raka.
Miała niedawno usuniętą jedną pierś, usunięcie drugiej musi sfinansować samodzielnie (bo zmiany w drugiej piersi nie są jeszcze wystarczająco złośliwe, żeby NFZ uznał je za podstawę refundacji - wtf?), w zeszłym tygodniu zaczęła chemię.
Wczoraj był spektakl, potem bankiet w Restauracji.
Mnóstwo, mnóstwo nerwów i starań, żeby wszystko się udało, żeby sprzedało się jak najwięcej biletów, producentka spektaklu rzucająca kłody pod nogi, problemy ze sprzętem, logistyka...
I, uff, już po. Wszystko wczoraj wyszło idealnie. Udało się zebrać planowaną kwotę, goście dopisali.
No i Ona - bohaterka wieczoru, szczęśliwa, wzruszona i pełna wiary, że przy takim wsparciu nie może się nie udać.

Takie to słodko-gorzkie.
Ale krzepiące. Że ludzie potrafią się zmobilizować, zebrać, że taka duża grupa przybywa w konkretnym celu, bo wie, że ta obecność wiele znaczy, mimo, że wtorek i praca i drogi bilet i daleko - to naprawdę ogromna masa dobrej energii. Cieszę się, że tylu ludzi to rozumie.
I jestem cholernie dumna, że to zorganizowałam.
  • awatar aha: logika NFZ to czarna magia... pięknie ujęte pod koniec- "takie to słodko-gorzkie". trzymam kciuki i życzę duuuużo dobrego!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Zaakceptowałam stan, w którym przez większość czasu jestem smutna.

Nie w jakiś rozpaczliwy, depresyjny sposób. Bardziej tak, jakby obwiązywała mnie szczelnie srebrna nitka, coś jak babie lato albo pajęczyna, niespecjalnie uciążliwa, chwilami nawet przytulna, czasem tylko za mocno zaciskająca się na gardle i nadgarstkach.
W genach wyniosłam niechęć do histerii - wystarczy wspomnieć, że moja Babcia - ta, która wygląda jak angielska królowa - nie pisnęła słowem, rodząc każde spośród trójki swoich dzieci, bo uznała, że nie jest wariatką, żeby się drzeć wniebogłosy.

Tę genetyczną niechęć obłożyłam już z własnej inicjatywy staranną warstwą sarkazmu, który przywraca zdarzeniom właściwe proporcje.

A przez resztę czasu pozwalam, żeby z kieszeni beztrosko powiewał mi sztandar wyjebania.
 

 
Marzę o kimś, kto zmiesza się ze mną, rozcieńczy samotność.
Nie, nie cierpię na niedostatek kontaktów z ludźmi. Ludzie są. Mówią do mnie, a ja odwdzięczam się wielokrotnie złożonymi konstrukcjami wyrazów. Jednak dni takie jak ten potęgują wrażenie oddalenia. Człowiek to obce ciało, a słowa, które do mnie wypowiada, to paprochy spadające na błonę bębenkową, odbierane jako przykry szum. Uwięziona w twierdzy ciała nerwowo wypatruję przez judasze oczu kogoś, kto mnie rozpozna, zrozumie, przemówi w języku, który znam. To na takie momenty czyhają sekciarscy hycle. To tędy, przez tę wąziutką szczelinę, przeciska się podstępnie do serca nowa miłość, fałszywy przyjaciel, agent ubezpieczeniowy, sprzedawca rewelacyjnych noży. Jestem tak głodna zrozumienia, opieki, że poprzeczne bruzdy na moim czole zdają się układać w napis „Welcome”. Pomimo tej desperacji przy wejściu dokonuję ostrej selekcji, której właściwie nikt nie przechodzi pozytywnie, bom nieufna jak ślepiec wypuszczony samotnie na przechadzkę po obcym terenie. Są jednak ludzie, którzy czując się tak, jak ja się dziś czuję, rezygnują z wieloletnich związków dla tego początkowo obcego bytu, który odkrył słowa klucze, wypowiedział je perfekcyjnym tonem, a na koniec dmuchnął dwutlenkiem węgla w czułe miejsce na szyi, wprawiając w ruch pojedyncze kosmyki włosów, wywołując dreszcz nieznośnie przyjemny, który i tak stanowi jedynie namiastkę przyszłych rozkoszy, przed którymi uciec już nie sposób.

— Katarzyna Nosowska
  • awatar amayer: Poznalam ja w pierwszym zdaniu I dziwilam sie, ze piszecie tak podobnie
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Nasza obecna sytuacja mieszkaniowa wygląda tak, że Ignacy ma swój pokój, zaś mój jest jednocześnie sypialnią i salonem. I chociaż pokój Igiego jest super, to lokator rzadko z niego korzysta. Widzimy się tak mało (jego szkoła, moja praca, praca, praca), że jak już jesteśmy w domu razem, to plącze mi się pod nogami, znosi zabawki, gada, no i śpi ze mną.
Chciałoby się powiedzieć - "hola, hola, młody człowieku, nie po to ryzykując życie na chybotliwych konstrukcjach malowałam ci ściany na soczystą zieleń, wieszałam zasłonki w Lego i układałam tuziny maskotek, żebyś mi teraz zagarniał przestrzeń". No ale nie mówię.
Nie tylko dlatego, że ogromnie przyjemnie jest wtulić nos w śpiącą czuprynę. Kiedy się wściekam z powodu małych pięt wbijających mi się w plecy, powtarzam sobie pytanie "jak długo jeszcze?".
Otóż niedługo.
I jestem już sprytna i mądra, wiem jak szybko czas mija i czerpię tej bliskości ile wlezie, i daję sobie pięty zarzucać na głowę. Bo wiem, że to się zaraz skończy. Że zaraz własny pokój powróci do łask, a jeszcze chwilę później stanie się twierdzą i że będę się wślizgiwać i ukradkiem wwąchiwać w czuprynę.

Rzadko udzielam macierzyńskich porad, ale co do jednej jestem pewna.
Młode mamy! Olewajcie dobre rady, typu "nie noś na rękach, bo się przyzwyczai", "niech zasypia samo w łóżeczku, bo nie odzwyczaisz" itd. Zna ktoś przypadek 6-latka usypianego na rękach? Raczej nie. Dzieci odzwyczajają się łatwiej niż my. Trzeba z tej bliskości korzystać, póki jest. Taka pierwotna, bezwarunkowa. Nacałować, natulić, nabyć razem.
  • awatar Małgoo: :)
  • awatar roisin: Zgadzam się.
  • awatar Bóg: Ostatnio miałam o tym na wykładzie o mózgu, że małe myszy brane przez człowieka na ręce rozwijały się znacznie szybciej niż te zostawione w spokoju, bo matka mysz czując człowieka, chciała zlizać jego zapach z potomstwa i pobudzała językiem receptory czuciowe na ciele dzieci. Także dzieci należy przytulać, nosić, dotykać i wykonywać z nimi interakcje wszelakie, żeby były mądrzejsze niż te wszystkie grzeczne, wieczne skazane na samotne spanie i bawienie się chluby rodziców - "trenerów posłuszeństwa".
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Miałam w te Święta czas i sposobność na duchowe rozkminy.

Sprawa wygląda tak, że pochodzę z religijnej rodziny, takiej z mszą w niedzielę i rybą w piątek.
Sama do kościoła nie chodzę i rybę jem kiedy chcę, ale Wielkanoc i fakt posiadania ochrzczonego dziecka skłania do refleksji.
Bo Święta - i to nie te miłe, z Jezuskiem, szopką i osiołkiem, tylko te hardkorowe z przebijaniem ciała ostrymi narzędziami, pojeniem octem, śmiercią i niesprawiedliwością (i zmartwychwstaniem, w którym Ignac niestrudzenie doszukuje się zombie wątków).
Pamiętam z dzieciństwa przerażenie tą historią, absurdalne poczucie winy, ból nóg i naftalinowy swąd futer podczas wielogodzinnych ponurych obrzędów.

Nie wiem, czy chcę, żeby Ignac w tym uczestniczył.
Nie wiem, czy chcę jego jasną, mądrą, pełną racjonalnych pytań głowę obciążać mrocznymi dogmatami. Zaszczepiać poczucie winy, tłumaczyć, że z tą wiekuistą szczęśliwością to może być różnie, zaś przejebane może mieć od ręki, z założenia właściwie.

Nie wiem, czy moja, trochę pogańska wizja Świąt jako radosnego czasu bliskości z bliskimi i robienia dla nich dobrych rzeczy, odwiedzin, stołu, wiosny, jest gorsza, niż gdybym przeczołgała go przez drogi krzyżowe i uświadomiła, że - hola, hola - najpierw przepraszaj, sześciolatku, za grzech pierworodny, a potem nakładaj majonez.
  • awatar grajka: Ja ochrzcilam całe towarzystwo, opowiadam raczej jak ciekawa historię z morałem ale nie dogmatyzuje niepotrzebnie. Jak dorosną sami zdecydują jak chcą do tego podejść.
  • awatar ziemiojad2: tu ciekawy wybór drastycznych historii biblijnych ;D http://utilitymon.blogspot.com/2015/12/najlepsze-masakry-pana-boga.html
  • awatar ziemiojad2: @shelivesinafairytale: każdą historię można opowiedzieć inaczej, ale to swego rodzaju przekłamanie. Strasznie byłam ciekawa jak opisano w Biblii dla dzieci te bardziej drastyczne kawałki ze Starego Testamentu. Zajrzałam i byłam w szoku jak "ładnie" można to przedstawić.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (11) ›